ROBIN Liwang

Był upalny lipiec 1992 roku. Wybraliśmy się na wystawę do Warszawy z cichym zamiarem kupienia szczeniaka. Nie mieliśmy jeszcze wybranej rasy. Ja po cichu chciałem PON-a, myśleliśmy również o buldogu angielskim, Mirka napomykała coś o widzianych kiedyś corgi. Długo oglądaliśmy różne szczeniaki, ale jak zobaczyliśmy kłapouche z grubymi łapkami i pięknymi pyszczkami szczeniaki corgi zrozumieliśmy, że to jest to, czego oboje szukamy. Szczeniaków było cztery. Ten bury, z zupełnie klapniętymi uszami i niewybarwionym nosem zauroczył nas szczególnie. I tak do Lublina powróciliśmy z naszym pierwszym corgi – ROBINEM Liwangiem.

 

Wywrócił nasze życie do góry nogami. Przeżywaliśmy razem z nim stające uszy, pierwsze zgubione ząbki, pierwszą chorobę, zabawy z innymi psami i wreszcie pierwsze wystawy. Na szczęście i my i nasze dzieci mieliśmy „lekkiego świra” na punkcie psów więc Robin idealnie wpasował się w naszą rodzinę.

 

Był psem odważnym, o bardzo mocnym, stabilnym charakterze. Nie bał się nikogo i niczego, Nie miał jednak, jak większość corgi, skłonności do wszczynania awantur, więc można z nim było zawsze chodzić na spacery bez smyczy.

Patrząc wstecz, na wszystkie nasze psy, zgadzamy się z Mirką co do jednego. Robin był naszym najmądrzejszym psem, ale jednocześnie w cudowny sposób najbardziej leniwym.

Nigdy nie zrobił niczego co wymagało by choćby odrobinę zbędnego wysiłku.

Pamiętam zabawy z grupą zaprzyjaźnionych psów. Rzucaliśmy im patyk, a one wszystkie za nim biegły. Chociaż właściwie nie wszystkie. Robin biegł tylko wtedy gdy wystartował pierwszy i było pewne, że to on złapie patyk. Jeżeli jakiś pies go wyprzedzał to zatrzymywał się i spokojnie wracał do mnie. Uczyliśmy go też aportować. Jeżeli dawaliśmy mu jakąś nagrodę, Robin przynosił aport i wkładał go nam do ręki. Gdy nagrody się kończyły w tajemniczy sposób tracił zdolność rozumienia poleceń, dając nam do zrozumienia, że właściwie sami możemy pobiec po tę piłeczkę. Mimo to, jako drugi w Polsce corgi, zdał z wynikiem bardzo dobry egzamin na PT. Rozumiał wszystkie nasze polecania, ale wykonywał je w takim tempie, że miało się ogromną ochotę „włączyć przycisk przewijania”.

Tak samo zachowywał się na wystawach. Całym ciałem mówił: Jestem tu, ale wbrew swojej woli. Mimo to w jakiś cudowny sposób zdobył tytuły Mł.Ch.Polski, Ch.Polski, Zw. Polski i Interchampiona. Patrzą teraz wstecz oczami sędziego Robin miał przepiękną głowę i front. Głęboką klatkę piersiową i idealnie proste, o bardzo mocnej kości, łapy. Pozostały szczegóły jego budowy niech będą okryte mrokiem niepamięci.

 

Może to zabrzmi śmiesznie, ale swoim zachowaniem dawał nam poczucie stabilności i bezpieczeństwa. W pewnym stopniu to on opiekował się nami.

Niestety wszystkie dobre chwile kiedyś się kończą. W wieku 13 lat Robin miał wylew. Wprawdzie po paru dniach stanął na nogi, ale pełnej sprawności już nie odzyskał. Od tamtej pory nie mógł już chodzić po schodach. Przez 2 lata nosiłem go na 4 piętro kilka razy dziennie. Miałem dzięki temu doskonałą kondycję. Polubiłem powolne spacery i częste odpoczynki. Wybierałem takie trasy, żeby było jak najmniej schodków i krawężników. Z czasem jednak Robin wymagał częstszego wyprowadzania a że ważył blisko 20 kg , było to coraz bardziej dla nas uciążliwe. Zapadła więc decyzja – zmieniamy mieszkanie. W ten sposób zamieszkaliśmy na parterze. I znowu było fajnie. Robina wyprowadzaliśmy kiedy tylko chciał, kilka schodków po drodze nie stanowiło większego problemu.

 

Czas płynął jednak nieubłaganie. Robin chodził coraz gorzej. Nie mógł już chodzić po trawniku, nie dawał radę wejść na krawężnik. Spacery były coraz krótsze, zacząłem się cieszyć jak doszedł bez upadku do końca parkingu, potem wystarczyło gdy przeszedł chociaż 10 m. Chociaż już prawie nie widział i nie słyszał, cały czas był jednak tym samym Robinem. Kochającym mnie najbardziej na świecie, spokojnym, pełnym godności własnej. W końcu nie mógł już zrobić ani jednego kroku. Postawiony od razu się wywracał, miał rany na nogach, kłopoty ze snem. Zaczął cierpieć. Był moim psem, moim przyjacielem i to ja musiałem w końcu podjąć decyzję o rozstaniu. Była to jak dotąd najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Odszedł od nas w wieku 16 lat – 6 czerwca 2008r. zawsze będę za nim tęsknił.

W mojej pamięci pozostanie na zawsze pięknym, mądrym, dumnym psem i wierzę, że kiedyś znowu się z nim spotkam.